Milena Połosa to jedna z nielicznych w Polsce sędzi piłkarskich. Doskonale wiem kiedy jest spalony – mówi ambitna dziewczyna spod Radomia
Skąd wzięła się u ciebie pasja do sędziowania piłki nożnej?
Nie pochodzę ze sportowej rodziny, długo nie interesowała mnie piłka nożna. Mam za to trzech braci, którzy zawsze namawiali mnie do grania, w myśl zasady „siostra na bramkę”. Do tego jeszcze w gimnazjum mój nauczyciel wychowania fizycznego, Łukasz Wrochna, zachęcał nas do rozpoczęcia kursu sędziowskiego. Zawsze wspominał nam o przepisach, opowiadał różne piłkarskie ciekawostki i tak z chwilą ukończenia 16 roku życia zdecydowałam się zacząć swoją przygodę z gwizdkiem.
Ale wcześniej grałaś w klubie w piłkę nożną?
U mnie było zupełnie odwrotnie niż u wielu sędziów. Najpierw zaczęłam sędziować, a kilka miesięcy później zaczęłam grać w klubie Zamłynie Radom, potem krótko w Legionistach Warszawa. Po kilku latach gry otrzymałam też propozycję szkolenia małych dzieci.
Ciężko było to wszystko połączyć?
Oj, tak. Bywało, że po swoim meczu, 90-minutowym bieganiu, jechałam jeszcze późnym popołudniem na sędziowanie kolejnego spotkania. Z czasem udało mi się awansować w sędziowskiej hierarchii i w związku z tym musiałam zrezygnować z grania w piłkę. Nigdy jednak nie żałowałam, że byłam piłkarką, bo to zaprocentowało tym, że jako sędzia nauczyłam się czytać grę, poznawać zachowania boiskowe zawodników.
Mówi się, że kobieta łagodzi obyczaje. Kiedy sędziujesz mecze to jest kulturalnie na trybunach i na boisku?
Są różne sytuacje, są sporne sprawy i bywa nerwowo, ale wydaje mi się, że jednak kobieta w pewien sposób łagodzi zapędy zawodników. Potrafią się pohamować. Mnie się nie zdarzały takie sytuacje, ale słyszę od koleżanek, że panowie bywają bardzo aroganccy.
Są jeszcze mężczyźni, którzy uważają, że kobiety lepiej sprawdzają się w kuchni i przy bawieniu dzieci. To przecież nieprawdziwy stereotyp
Na szczęście jest nas coraz więcej w sporcie i ta tendencja się zmienia. Jeszcze kilka lat temu rzeczywiście rzadko się zdarzało, aby kobieta biegała z chorągiewką czy z gwizdkiem. Teraz jest znacznie więcej pań i radzą sobie coraz lepiej. Jest też coraz większa akceptowalność i zrozumienie ze strony piłkarzy. Ilość błędów boiskowych popełnianych przez panie, statystycznie wcale nie jest większa niż tych popełnianych przez panów. Liczę też na to, że coraz więcej pań zacznie sędziować wyższe ligi męskie. Ja na razie liczę na trzecią, ale marzy mi się taka ekstraklasa, wspaniała atmosfera, tłumy kibiców.
Bywały trudne mecze dla sędziego?
Miałam kiedyś taki mecz w klasie A, zaraz na początku mojej przygody z sędziowaniem. Po jednej interwencji napastnik przypadkowo wpadł na zawodnika drużyny przeciwnej. Ten się odwinął i… uderzył go w twarz! Zrobiło się bardzo gorąco, na boisku doszło do bójki. Szybko jednak sobie poradziłam. Pokazałam wtedy cztery, czy pięć czerwonych kartek. Wszystkie zgodnie z przepisami. Kiedy nerwy opadły, po meczu nikt już nie miał pretensji. Na murawie niektórych poniosły emocje, ale po meczu ochłonęli, przyszli i przeprosili.
Sędziowanie to nie jest łatwy chleb. Trzeba w ułamku sekundy podejmować trudne decyzje, trzeba się nasłuchać od obu stron i… jeszcze całym i zdrowym wrócić do domu.
Zgadza się (śmiech). Prawo zmieniło się na korzyść sędziów, jesteśmy teraz traktowani jak funkcjonariusz publiczny. Chroni nas ustawa, a Kary za naruszenie nietykalności sędziów są ogromne. Również związki piłkarskie nas chronią, a kluby otrzymują duże kary za incydenty związane z naruszeniem sędziów. Dzięki temu tych sytuacji jest coraz mniej.
Twoja kariera dopiero się rozpędza, masz swoje pięć minut, ale kiedy czas na dzieci, rodzinę, inne pasje?
Wszystko trzeba jakoś wypośrodkować. W tej chwili trenuję codziennie przez cały tydzień, a w weekendy sędziuje mecze. Potem są jeszcze analizy i konsultacje spotkań, aby uczyć się na błędach i wyciągać wnioski. Pracuję jako fizjoterapeutka, uczę też maluchy grania w piłkę. Poza tym chodzę na kurs języka angielskiego. Uczę się i rozwijam, bo nie ukrywam, że chciałabym posmakować kiedyś tej międzynarodowej piłki. Muszę ciężko pracować, aby mieć swoją szansę. To jest długi proces, ale warto spodziewać się niespodziewanego.
Jesteś najlepszym przykładem na to, że ciężką pracą można osiągnąć sukces. Co poradziłabyś młodym osobom, które dziś zaczynają swoją przygodę z gwizdkiem?
Radziłabym im, aby nie załamywały. Początki zawsze są trudne. Większość młodych sędziów rezygnuje w pierwszych miesiącach po ukończeniu kursu. Boją się, często nie radzą sobie ze stresem, nie są odporni na krzyki kibiców, ale to wszystko mija, gdy nabiera się doświadczenia. Z czasem jest lepiej i czerpie się z tego więcej przyjemności. Wsparcie też jest ważne. Niedawno sędziowską przygodę zaczął mój młodszy brat Karol i miał swój debiut w klasie B, a ja akurat sędziowałam na linii. Poradził sobie bardzo dobrze i myślę, że tych młodych, początkujących sędziów trzeba wspierać. Błędy są rzeczą ludzką i jeśli nikt im nie pomoże, to szybko się zniechęcą.
Milena Połosa
Ma 26 lat. Pochodzi z Augustowa w gminie Pionki. W jej rodzinie nie było wielkich tradycji sportowych. Mimo tego w wieku 16 lat poszła na kurs sędziowski. Ukończyła studia, pracuje jako fizjoterapeutka. Specjalizuje się w urazach dziecięcych. Sporo czasu poświęca na naukę języków obcych. Obecnie sędziuje na poziomie żeńskiej ekstraklasy i może awansować na szczebel międzynarodowy. W regionie radomskim wcześniej podobne sukcesy odnosiły tylko Katarzyna Nadolska i Agnieszka Płaskocińska.
