Aurelią Wiśniewska to utalentowana kompozytorka, autorka tekstów i wokalistka z Radomia. Rozmawiamy o jej muzycznej drodze, sukcesach w Hiszpanii, nowej płycie i marzeniach
Śpiewa od dziecka, komponuje, pisze teksty i konsekwentnie buduje swoją muzyczną drogę. Choć pochodzi z Radomia, jej utwory trafiły do słuchaczy nie tylko w Polsce, ale również za granicą.
Pochodzisz z Radomia, ale swoją muzyką docierasz już do słuchaczy w całej Europie. Jak dziś, z perspektywy kilku lat kariery, wspominasz swoje muzyczne początki?
Początki były bardzo trudne, to była żmudna praca. Myślę, że każdy muzyk się z tym zgodzi, że gdy zaczynamy swoją przygodę z muzyką to tak naprawdę nie wiemy, co nas czeka. Ja byłam dzieckiem, które poszło trybem szkoły muzycznej, więc od przedszkola gdzieś tam programowano we mnie bycie artystą i gdzieś ten talent został po drodze dostrzeżony przez osoby mi bliskie, więc tak naprawdę ta droga zaczęła się już bardzo wcześnie. Musiałam dokonać wielu wyborów, przede wszystkim takich, które są w zgodzie ze mną, z tym co czuję, dzięki czemu moja muzyka ewoluowała przez wiele lat. Nie uważam jednak, żebym była już w tym miejscu, które mam w swoich planach, ale jestem na pewno już w takim miejscu, gdzie mogę sobie pozwolić na robienie muzyki dla siebie, z dużą przyjemnością, bez narzucania jakichś zasad przez wytwórnię. Bycie artystą, muzykiem to taka praca, gdzie uczymy się, poznajemy ludzi, którzy nas w pewien sposób kształtują, a co przekłada się później na stworzenie czegoś wartościowego w zgodzie ze sobą.
Ukończyłaś szkołę muzyczną w klasie fortepianu. Czy klasyczna edukacja muzyczna klasyczna miała jakiś wpływ na rozwój twojego stylu i późniejsze decyzje artystyczne?
Myślę, że na pewno miała duży wpływ. Skończyłam pierwszy stopień szkoły muzycznej, a drugi przerwałam, ale myślę, że klasyczna edukacja muzyczna dała mi mocne podstawy, dzięki którym jestem w stanie dzisiaj komponować i pisać czy radzić sobie dobrze w studio. Myślę, że pianino jest bardzo wdzięcznym instrumentem, można na nim stworzyć naprawdę dużo fajnych podstaw kompozycyjnych. Więcej, całą produkcję muzyczną można zrobić na klawiszach, nagrywać nie tylko linię melodyczną, ale też instrumenty perkusyjne, czy sekcję basu i tak dalej. Kiedy zaczęłam stawiać pierwsze kroki w muzyce rozrywkowej, to faktycznie moje kompozycje były dość popowe, zawsze pisałam takie linie i myślę, że ten podstawowy, klasyczny warsztat muzyczny bardzo dużo mi w tym pomógł. Odniosłam jednak wrażenie, że szkoła muzyczna troszkę narzuca styl i myślę, że może gdyby nie to, że przerwałam drugi stopień szkoły, to może nie byłabym na tyle kreatywna. Po prostu poszłam swoją drogą artystyczną, bardziej rozrywkową niż klasyczną. Plusem edukacji muzycznej było jednak to, że po drodze kształtowali mnie wspaniali ludzie, którzy mieli na mnie wpływ. Rodzina, z którą się wychowywałam i osoby mi bliskie, były wrażliwe muzycznie.
Czyli pochodzisz z tak zwanej muzykalnej rodziny?
Śmieję się nawet, że pochodzę z rodziny artystów. Moja mama jest malarką, pisze poezję, mój biologiczny tata jest muzykiem, a moja ciocia była reżyserką opery narodowej, która też w pewnym momencie mojego życia mieszkała ze mną i kształtowała mnie muzycznie, więc można powiedzieć, że te bliscy mają w sobie taki artystyczny gen.
Bardzo sprawnie poruszasz pomiędzy różnymi gatunkami muzycznymi, bo jest pop, elektronika, a nawet hip-hop. Czy to jest świadomy zabieg?
Myślę, że był to dar od losu, bo trafiałam w grono osób ze świata radomskiego hip-hopu i potrafiłam się w tym dość płynnie odnaleźć, zresztą zawsze lubiłam eksperymentować, bo po prostu byłam ciekawa muzyki. Dużo słuchałam, czerpałam inspirację z zagranicznych twórców i gdzieś tam po drodze, gdy trafiałam na kolejnych artystów, dostawałam różne propozycje współpracy. Tak właśnie powstały projekty hip-hopowe z radomskimi artystami, gdzie ten kierunek i ten nurt był dla mnie też trochę nowy, ale myślę, że sobie w tym poradziłam i jest to w zgodzie ze mną, jak to czuję.
Dodajmy, że ci radomscy artyści to legendy polskiej sceny HH, czyli Tytuz, Pajczi czy TPS. Album „Galaktyczna Imitacja” to wasza wspólna płyta, na której twój wokal i rap Pajczego tworzą niesamowity, bardzo emocjonalny klimat.
Wszystko zaczęło się od Pawła Petermana, występującego wówczas pod hip-hopowym pseudonimem Amos. Zaprosił mnie do współpracy przy swoim utworze, napisałam refreny oraz część zwrotki, a całość mieliśmy nagrać w P1 Studio, właśnie u Tytuza. Po przesłuchaniu mojego głosu i obserwacji mojej pracy w studiu, zaproponował mi współpracę przy swoich produkcjach. W ten sposób rozpoczęła się moja przygoda z hip-hopowymi projektami, realizowanymi w Radomiu. Z czasem poznałam również Pajcziego, następnie TPS-a, a także wielu innych artystów, związanych z radomską sceną hip-hopową, z którymi stworzyliśmy bardzo wiele wspólnych utworów. Efektem tej współpracy była między innymi płyta „Galaktyczna Imitacja” oraz powstanie duetu AURA, który stworzyłam wspólnie z Tytuzem.
Jednym z ważniejszych momentów w Twojej karierze był sukces utworu „The Night”, który zdobył popularność również poza Polską, a to dzięki współpracy z hiszpańską wytwórnią Blanco y Negro Music. Jak do tego doszło? Tylko nie cytuj klasyka, mówiąc „nie wiem”…
(śmiech) Mam rodzinę we Włoszech, w Toskanii, gdzie od czasu do czasu spędzam urlop. Ich sąsiadem jest Lex Martin, który jest włoskim didżejem i producentem muzyki elektronicznej. Gdy dowiedział się, że śpiewam, wysłał mi próbkę muzyczną bez żadnego wokalu, dodając, że wraz z producentem Gilem Sandersem, nawiasem mówiąc dość znanym w Europie, szukają wokalistki do tego projektu. Zapytali czy chciałabym spróbować skomponować linię i stworzyć tekst do tego bitu oraz zaśpiewać. A że bardzo szybko tworzę dźwięki w głowie, niemal od razu miałam już całą linię i tekst, więc nagrałam w studio u znajomego muzyka w zasadzie cały utwór. Gdy wysłaliśmy im ścieżkę, powiedzieli, że to jest to, że tak już zostaje i że oni sobie wszystko zmiksują, zmasteringują, a potem zgłoszą do wytwórni, w której mają kontrakt, właśnie Blanco y Nagra, to elektroniczna, house’owa wytwórnia z Hiszpanii. To był kolejny szczęśliwy dla mnie przypadek, że dostałam szansę, którą wykorzystałam od razu i komuś ta moja kompozycja się spodobała. Utwór trafił na listy i faktycznie był przez długi czas na wysokiej pozycji Spotify w Hiszpanii. To był dla mnie ogromy sukces, bo wtedy nie byłam zbyt zauważona w Polsce, a ten sukces dał mi prawdziwego kopa do działania, żeby dalej komponować i się nie poddawać.
Teledysk do jednego z utworów nagrałaś w Nowym Jorku. Co dały ci takie zagraniczne wyjazdy? Może nauczyły cię czegoś, co wykorzystujesz w pracy w ojczystym kraju?
Ten teledysk w Nowym Jorku to było spełnienie mojego marzenia, za które zresztą sama zapłaciłam (śmiech). Wtedy była to niesamowita przygoda, ale z perspektywy czasu widzę, że doświadczenia z innych krajów, czy obserwacja ich rynku showbiznesu, dały mi szersze spojrzenie na własną twórczość, zrozumiałam, że trzeba walczyć o siebie i swoją muzykę, bo miałam w swoim życiu parę momentów kryzysowych, gdzie już chciałam się poddać. Jestem osobą bardzo ambitną i wysoko stawiam sobie poprzeczkę, a na polskim rynku musiałam ciągle walczyć o jakąś pozycję, o kontrakt, bo konkurencja jest ogromna, dlatego czasami właśnie łatwiej zaistnieć gdzieś poza naszym krajem, choć oczywiście kocham Polskę i chciałabym występować i tworzyć dla rodzimych słuchaczy. Postanowiłam jednak zaryzykować i stworzyłam nową płytę z utworami polsko-anglojęzycznymi.
I tak niechcący odpowiedziałaś na pytanie, które dopiero zamierzałem zadać, a mianowicie nad czym pracujesz i czego mogą się spodziewać twoje słuchacze?
Przez ostatnie 1,5 roku pracowałam nad nowym albumem, a jego premiera jest zaplanowana na jesień tego roku. To nasze wspólne dzieło, stworzone z Michałem Bajem, czyli DJ Epromem. Ameryka jednak dała mi taki trochę inny powiew, inne horyzonty, więc utwory są w oldschoolowych klimatach. Zresztą taki klimatyczny soul zawsze we mnie siedział i to wszystko po prostu wypłynęło przy produkcji tej płyty. DJ Eprom jest analogowcem, więc jest to zrobione ze smakiem i mam nadzieję, że doceniają to słuchacze polscy i oczywiście zagraniczni. To płyta duetu Aurelia x DJ Eprom, a nasz wspólny pierwszy koncert zagramy już 7 sierpnia na festiwalu Radom Music Camp, więc będzie oczywiście materiał z tej nowej płyty, choć powiem szczerze, że jeszcze nie mamy dla niej tytułu (śmiech).
W ubiegłym roku ukazał się twój album „Aurelia akustycznie”, który pokazuje twoją bardziej kameralną stronę. Skąd taki przeskok gatunkowy?
Mój menadżer tak miał taki pomysł, żeby pokazać mnie trochę od strony bardziej klasycznej, żeby wyjść z tej elektronicznej szufladki, bo u mnie było wcześniej dużo projektów hip-hopowych, elektronicznych, popowych, ale przez cały czas szukałam jakiegoś nowego kierunku. Gdy powstała możliwość, żeby nagrać epkę akustyczną z Warner Music, to nie zastanawiałam się, tylko stwierdziłam, że wchodzę do studia żeby nagrać setkę i pokazać ludziom trochę od kuchni moje drugie artystyczne oblicze. Wszystko wyszło w takiej dość surowej, naturalnej wersji, aby pokazać, że potrafię odnaleźć się w bardziej klasycznym repertuarze, że radzę sobie ze śpiewaniem na żywo, że mam naturalny głos, niezmiksowany w studio. Dzięki temu zagraliśmy bardzo dużo koncertów akustycznych w trio, często z moimi muzykami z radomskiego podwórka, czyli Michałem Trzpiołą oraz Pawłem Wójcikiem. To są muzycy, do których jest mi najbliżej, więc koncertujemy razem, ale wymienię jeszcze świetnego basistę Michała Wróbla, z którym współpracuję.
Twoje piosenki często mówią o emocjach, osobistych doświadczeniach. IIe jest tej prawdziwej Aurelii w tekstach, w które, które śpiewasz?
Myślę, że sto procent! To, co piszę, jest zawsze odzwierciedleniem mojego stanu życia, jakiejś historii, którą gdzieś przeszłam, więc te piosenki są często dość melancholijne, nostalgiczne, mają odpowiednik w moim prawdziwym życiu, bo dużo się w nim działo przez te ponad 30 lat, więc staram się przelewać to wszystko na muzykę. Jest to też moja autoterapia.
Wizerunek artystów, który oglądamy to często efekt końcowy czyli ładna piosenka, niesamowity teledysk, jakaś nieziemska stylizacja, ale w rzeczywistości bywa różnie. Jak zatem wygląda twój zwykły dzień?
Moja codzienność to też bycie mamą, partnerką, osobą, która też pracuje i ma swoje obowiązki, bo muzyka muzyką, ale pracować gdzieś trzeba. Prowadzę marketingowo i muzycznie różne polskie zespoły, pomagam im promocji w social mediach, w kreowaniu ich wizerunku. Na co dzień jestem po prostu normalnym człowiekiem, który ma swoje pasje, marzenia i stara się cieszyć z każdego dnia. Staram się jednak mieć jakiś dystans do tego, co robię, spoglądać na to troszeczkę z boku, żeby nie zapędzić się w zbyt wielkie ambicje, zbyt dalekosiężne plany.
Wielu młodych ludzi marzy o karierze muzycznej, wielu ma bardzo duży talent i marzą o wielkiej karierze w tak zwanym showbiznesie. Jakie rady dałabyś takim osobom?
Najważniejsze jest, aby nie zatracić autentyczności i tej prawdy, którą nosimy w sobie. Na muzycznej drodze wielu ludzi będzie chciało zmieniać naszą twórczość, nasz styl, więc warto wtedy pamiętać kim się jest i co ma się do przekazania. Kiedyś ktoś dał mi dobrą radę: Aurelka, pisz piosenki, pisz jak najwięcej, komponuj, bo muzyka kiedyś sama się obroni. To jest najważniejsza rada, którą przekazuję młodszym pokoleniom, żeby nie bali się komponować, nawet jeśli mieliby pisać tylko do szuflady, ale kiedyś to wszystko może znaleźć swoje miejsce, bo nigdy nie znamy dnia ani godziny, kiedy ktoś wyciągnie do nas pomocną dłoń, dostrzeże nasz talent. A druga rada jest taka, żeby nie poddawać się, bo jest to żmudna praca. Ja sama, mimo tylu lat na rynku, nie jestem jeszcze w tym miejscu, w którym bym chciała być. Jestem za to wdzięczna, że każdego dnia mogę się z tego cieszyć i realizować siebie nawet na mniejszą skalę.
A jak oceniasz w ogóle kondycję radomskiej sceny muzycznej? Czy widzisz w Radomiu młode osoby, które mają szansę na karierę.
Coraz większy progres ma Janek Majewski, którego znam i mamy wspólnych muzycznych znajomych. Bardzo mu kibicuje, bo jest to bardzo zdolny człowiek, który, też uczy się jeszcze jak ta branża wygląda, ale jego kompozycje są coraz lepsze, ma też ludzi, którzy go prowadzą, mają na niego fajny pomysł, więc trzymam za niego kciuki. Mamy Staśka Kukulskiego, bardzo dobry, ciekawy, interesujący wokal, wymagający oczywiście ludzi, którzy go dobrze pokierują, więc mam nadzieję, że on również znajdzie swoje miejsce, bo swoją szansę wykorzystał bardzo dobrze. Był w „Szansie na sukces”, w preselekcjach Eurowizji, więc widzę potencjał.
Przepraszamy wszystkich tych, których nie wymieniliśmy z imienia i nazwiska, życzymy wam wszystkiego najlepszego! Ostatnie pytanie: gdybyś mogła nagrać jakiś utwór z dowolnym artystą z polski lub świata?
Moim marzeniem zawsze było nagrać utwór z Krzysiem Zalewskim, bo choć znamy się już 12 lat, ale jeszcze nie udało się wspólnie zaśpiewać. Moim marzeniem było mieć utwór na przykład z Michaelem Jacksonem, którego niestety już nie ma, ale który był i jest dla mnie wielką inspiracją.
